wielkipost blog

Twój nowy blog

42 Ohio

Brak komentarzy

Postanowiłem zaangażować się w ryż. Jeszcze na razie figurki wyglądają dość topornie, ale jestem pełen zapału. Będę komponował coś z armii amerykańskiej, wojny domowej, według pułków. Na pierwszy ogień pułk 42 z Ohio. Brał udział m. in w oblężeniu Vicksburga. Najważniejsze dla mnie jednak okazał się jeden z dowódców col. James Abraham Garfield – późniejszy, 20. prezydent Stanów Zjednoczonych. Oddział ma stać w zbożu.

Jeszcze flaga  prezentuje się oto tak:

Marcina Wieczorka znam z lat dziecięcych, gdyż byliśmy dobrymi kolegami. Teraz zainteresowałem się jego wierszami, które publikuje na autorskiej stronie. Od razu powiem, że znajomość z autorem nie rzutuje na opinie o jego dziełach. A więc tak, zebrał autor swoje wiersze w sześciu, jak rozumiem wirtualnych tomikach, których granicami pozostaje czas napisania utworów. Na początek pierwszy z nich „In Nomine Casiopeia”, w którym wiersze mieszczą się najpierwsze. O dziwo! To znakomity tomik, chyba najlepszy. Nie dlatego, żeby były w nim wyszukane metafory bądź prawdy i erudycja rodem z Herberta. „INC” jest po prostu szczery. szczery do bólu, szczery uczuciem nastolatka, szczery dojrzewającą młodością, miłością i rozczarowaniem. Już od pierwszych słów, podmiot z butem bije po oczach czytelnika „Dlaczego odeszłaś? Dlaczego? Odpowiedz! Czy Cię obraziłem?
Zrobiłem coś Tobie?” – To jak pretensja dziecka, który nie rozumie dlaczego rodzice się rozstali. To proste i zdumiewająco szczere pytanie wychodzi wprost z duszy nastoletniej. I zostawia czytelnika w osłupieniu, jednak z odbiciem podeszwy buta na czole. Inne wiersze są utrzymane w podobnym guście np. „Dlaczego Ty?”: „Dlaczego Cię kocham? Wszak nie znam Cię wcale.” – Pytania stawiane swojemu ciału, swojej duszy, podstawowe pytania o procesy społeczne, o uczucia, wręcz biologiczne stosunki między ludźmi. Zwracam szczególna uwagę na „INC” wszystkim, którzy będą czytać poezje Wieczorka. W kolejnych także zdarzają się tego typu bezpretensjonalne, pełne zwroty, jednak to „In Nomine Casiopeia” jest tym, który wbija w fotel swoją bezkompromisowością.

Dalej Wieczorek nieco dorasta, próbuje dojrzalej formułować swoje wypowiedzi. Więc mamy już wiersze, które dotyczą całego społeczeństwa, jego kondycji np. „Codzienność”, „Pokolenie” czy fatalny „Mój Kraj”, który jest pewnie odpowiedzią na jakieś wydarzenia bieżące a dotyczący szkolnych problemów tolerancji i otwartego społeczeństwa. Autor wikła się także w rozważania antropologii i natury, pierwotnej religii w wierszu: „Rytuał”. Ten ostatni podoba mi się szczególnie ze względu na temat. Jednak kilka w nim nieścisłości, chociażby starodawny rytuał i śmierć-kostucha, taka na wskroś chrześcijańska. Pal licho. Wszystkie powyżej przytoczone pochodzą z tomiku „Sen farbą malowany”.

Sporo miejsca w poezji autora zajmuje Cieszyn – jako miejsce do życia i pewnie ukochana ojczyzna. Są i standardowe cieszyńskie magnolie i swoisty klimat urokliwego miasteczka w „Spacerując samotnie ulicami”, czy „Tu w tym mieście”. Mimo tych wtrąceń, Wieczorek nie jest jednak poetą „miejsca”. Krajobraz stanowi jedynie tło. Jego miejscem jest jego dusza. Im bliżej do niej w wierszach tym lepiej, im bardziej przemyślane są rymy – tym poezja traci. Zdaje się, że coś nie gra na połączeniu dusza – pióro. Dlatego ja zawsze najbardziej cenił będę Wieczorka prostego, szczerego, który powraca np. w wierszu „Co Ty mi zrobiłaś, kobieto?” w tomiku „Spacerując samotnie ulicami”. Zresztą, nawet on sam tłumaczy się z nadmiaru uczuć w swoich utworach:
„Szukałem cytatu,
Który mógłbym Ci przesłać na dobranoc…
Nie znalazłem.
Bo nie ma takich słów,
Które mogłyby opisać
Moją miłość do Ciebie.”

Oczywiście, milczeniem należy pominąć kabaretowe wstawki w stylu „Kocham Cię” czy „Studenci z ASK” – które wyraźnie zostały napisane pod którąś ze studenckich imprez.

Czy warto przeczytać Wieczorka? Warto – chociażby, żeby przypomnieć sobie własną młodość, kształtowanie własnego ja, swoje pierwsze uniesienia.
Chętnie poczytałbym jego nowe wiersze, lecz prawdopodobnie zaprzestał parać się poezją. Dobrze czy źle? Tego nie wiem, być może dobrze, bo tak już na zawsze zostanie młodym romantykiem, co to najpierw napisze a potem pomyśli. I bardzo dobrze!


http://www.eveninger.net/poezja.htm

Prezentuję próbę nowej metody, lepienia żołnierzy z ryżu itp kuchennych utensyliów. Specjalnie zachęcił mnie do tych prób kol. Fork z forum „strategie”
Być oże już niedługo zajmę się na poważnie tego typu modelowaniem.
Dziś hoplici spartańscy – jak się wydaje nie do końca walczyli w zwartej falandze, tak jak później robili to Macedończycy. Falanga grecka w okresie klasycznym to raczej luźny szyk, w którym poszczególni hoplici mieli nawet 2m wokół siebie.

Niezwykle cennym dla historyka jest wstęp książki „Bitwa pod Bouvines” Georgesa Duby’ego. Dlatego, że opowiada wprost o powstawaniu historii. Nazywam tak w uproszczeniu pamięć o pewnym wydarzeniu. Pamięć kreuje się przy pomocy śladów materialnych, którymi są źródła oraz „konglomeratu wspomnień”. To nieprzemijające świadectwo, rodzaj ustalanego sukcesywnie obrazu. Stereotypu. Przykład autor podaje taki: obrazek, ilustracja w podręczniku do historii, który przez pokolenia stanowił dla młodych obywateli Francji inspirację wyobraźni. Takich świadectw pełno i w czasach współczesnych. Królowie Polski – Matejko chociażby. Bouvines jest stereotypem, który ustalił się poprzez narodową, historyczną narrację.
Duby z czcią tłumaczy swój warsztat, co powinien zrobić historyk, z jakiej strony rozwikłać ów problem. Oczywiście nie stosuje dociekania „co się właściwie wydarzyło?” Daje za to przemówić edytowanym źródłom. Opatruje powyższe jedynie komentarzem. Kluczem do przedstawienia Bouvines jest dla autora kontekst kulturowy. Zatrzymuje się na nim i maluje. Ciekawe jest śledzenie wyobraźni i zapomnienia i ich roli w kształtowaniu oglądu na wydarzenie. W końcu to niedoskonałość języka i zawodność pamięci tworzy historię żywą. Najciekawszy jest Duby właśnie, gdy opisuje ów mechanizm, zatarte kamienne napisy, których kształt trwa w umysłach i świadomości kolejnych pokoleń.
ja sam, obecnie mocno stoję w opozycji do upraszczania historii pisanej. Z nieufnością odnoszę, się do sformułowań „Niemcy”, „Polacy” „Myśmy wygrali bitwę” – jeszcze lepsze. Zdaję sobie sprawę, że pisać bez tego trudno, mimo to autorzy konstruują a nie odtwarzają. A konstrukcje mają to do siebie, że ewoluują.

Zainteresowanym książką polecam mini-recenzję Igora: http://igorks.blogspot.com/2010/12/bitwa-pod-bouvines.html

Georges Duby, Bitwa pod Bouvines, niedziela 27 lipca 1214, Warszawa 1988

Kompletowanie dwunastu podstawek do armii taboryckiej dobiegło końca. Ostatnim elementem jest brakujące 4Bd, w którym istotym elementem jest lecący bełt z kuszy. Podobnie jak na polu walki, pod ostrzałem znaleźli się poplecznicy husytyzmu. Dość powszechnie nauka Mistrza Husa uznana została za herezję. Piętno wojen hustyckich odcisnęło się nie tylko na sztuce wojennej czy teologii. Dość dobitny to przykład powolnej agonii szlachty czeskiej. Już od Lipany 1434 oraz dwie setki lat później Biała Góra nieco zahamowały rozwój czeskiej wysokiej kultury. Miejsce synów Czecha zajęli Niemcy. Między innymi stąd pochodzą pewne archaizmy w języku czeskim. Mówi się trudno i walczy się dalej.
Na pawężu znalazł się św. Jerzy. Wszystkie figurki były już kiedyś pomalowane, w dość początkowym okresie. Teraz nawet ja dostrzegam ich braki – trochę starałem się je poratować…

Heros z gliny

Brak komentarzy

„Śmierć Nibelunga” Rolfa Schneidera z 1969 roku podejmuje problem rozprawy z ludźmi epoki 33’-45’. Epoki Nibelungów. Tak rozbuchanej miłości w narodzie nigdy przedtem mitologia germańska nie miała. Być może w niepewnych czasach gen. Mackensena i Kaisera Wilusia nawiązywano do stylistyki wagnerowskiej w życiu publicznym. Był to jednak węzeł pruski, militarny, raczej bałtycki niż nadreński. Prawdziwa epoka Nibelungów rozpostarła się nad Rzeszą wraz z czerwono-czarnym sztandarem.
Bohater powieści NRD-owskiego pisarza Siggi Wruck jest wtłoczonym pomiędzy piasty historii rzeźbiarzem, który lawirując utrzymuje się na powierzchni życia artystycznego i towarzyskiego. Kariera jego zawiązuje się w prowincjonalnym Chemnitz, gdzie usługuje w kręgielni i z broszur w odcinkach poznaje losy Nibelungów. Odtąd, dzieje herosów wiążą się z jego losami, rzeźbi je, pamięta o nich, kieruje się nimi. Nawet pijani użytkownicy kręgielni, którzy z pasją śpiewają przy piwie jawią się jako Gunther, Siegfried… Drugą pasją artystyczną Wrucka jest El Greco, i jego obrazy, które z kolei łączą się z erotyczno-mistyczną sferą postrzegania. Oprócz ciekawej i zaskakującej linii przygodowej, która prowadzi od przedmieść Saksonii, Berlin, Bułgarię aż do obozu jenieckiego, w powieści znajduje się sporo odniesień politycznych, społecznych.
Operetkowo przedstawieni są luminarze sztuki spod znaku orła – Rosenberg, Goebbels, wreszcie komiczna w swej wymowie jest scena spotkania Wrucka z samym Hitlerem. Wymowa powieści skłania ku refleksji: czy istnieje rozgraniczenie na zbrodniarzy i niewinny naród niemiecki? W swym życiu, które Wruck opowiada na potrzeby formularza okupanta amerykańskiego zaskakująco dużo grzechów, krzywo-przysięstw, własnych interesików. Czy naród o takim natężeniu grzechów, nawet wobec dzieł Theotokopoulosa czy dziedzictwa heroicznych Nibelungów mógł ustrzec się zbrodni pychy?



„Eden” Stanisława Lema operuje w różnych kontekstach i chwała recenzentom, że zauważają i rok powstania i nawiązania polityczne, społeczne i bio-zagrożenia, które wynikają z inżynierii genetycznej. Kluczowym problemem jest zapewne poruszona w „Edenie” doktryna nieingerowania i brak możliwości pokojowego porozumienia. Do przeczytania oczywiście zachęcam.
Na tapetę biorę jednak aspekt powieści, który szczególnie mnie zainteresował, mianowicie: Zastosowanie zdobyczy techniki rodem z późnych lat pięćdziesiątych w nowych realiach. Myślę, że to kopalnia ciekawych tropów dla każdego, kogo serce pyka na parę, a mózg działa wskutek obracających się trybów zegarowych.

Licznik geigera – „Wyjął z rąk Fizyka metalowy cylinder i zaczął wodzić nim w powietrzu wokół dubelta. Bębnienie słabło tym wyraźniej im wyżej unosił się jego wylot. Kiedy go opuścił do grubszych, niezgrabnych nóg przybysza membrana warknęła. Na tarczy aparatu zajarzył się czerwony ogienek”

(…) potem zaś przystąpili do właściwego rozruchu prądnicy. Wcielony w życie, opracowany przez Inżyniera plan był raczej ryzykowny – dynamo obracali sprężarką, którą zamieniono w turbinę pędzoną tlenem w butli. W normalnych warunkach zespół wysokoprężny uruchamiała wysokoprężna para wodna z reaktora.”

Tradycyjna biblioteka w rakiecie galaktycznej:
„Zaczęło się znoszenie ze wszystkich pomieszczeń połamanych aparatów, poduszek, książek, – szczególnie przydatna okazała się biblioteka, a w niej atlasy gwiazdowe nieba, bardzo wielkie i grube”

Oprócz tego, lornetki, reflektory, kanistry i cała czereda przedmiotów, których nie ma na wyposażeniu NASA…

Stanisław Lem, Eden, Kraków – Wrocław, 1984

Kompletowanie taboru dobiega powoli końca. Dziś element 3Wb reprezentujący luźne ugrupowania chłopskie, zwykle ciągnące za wojskiem, by upolować własne interesy. Pewnie część miała małe pojęcie o doktrynie, jednak…
Zaprawdę nie należy oczekiwać, by ludność wiejska łatwo zrezygnowała ze swojej przewagi, mocy na rzecz sił wyższych – reprezentowanych przez chrześcijańskiego boga. Mimo fatalnej sytuacji społecznej, chłopstwo posiadało bezwzględny atut, którym oni sami mogli kierować własnym i sąsiada, życiem. Podobnie pogoda i plon także zależał od rytuału chłopa. Pamiętajmy, że MAGIA to nie jest przesuwanie przedmiotu w oparach dymu albo klimat Kazimierza Dolnego. Magia to przede wszystkim władza człowieka nad światem. Takiego brzemienia zaiste ciężko się pozbyć czy to na rzecz religii czy nauki i fizyki…


Opowieść o pieszej wędrówce z roku 1951 przez barwny buszowo-wioskowy raj ludzi wyzwolonych: Liberię. Ma ta opowieść coś z dziennika podróży etnograficznej, jednak bez naukowego wyjaśnienia: autor podejmując ową szaleńczą wyprawę dysponuje 20-letnim doświadczeniem życiowym i bagażem kilku wizyt w paryskiej bibliotece etnograficznej. Obserwuje i notuje, doświadcza, lecz nie interpretuje stanowczo, raczej domyśla się sensu poczynionych spostrzeżeń. Pierwsze natury polityczno-społecznej. Liberyjczycy w połowie ubiegłego wieku to kilkutysięczna mniejszość potomków byłych wyzwoleńców amerykańskich, którzy utworzyli w 1847 roku państwo (!) quasi-kolonialne! Mieszkańcy interioru to ludność afrykańska rdzenna, choćby z plemienia Sarpoe. Oczywiście obie grupy dzieli przepaść cywilizacyjna.

W każdej tego typu egzotycznej przygodzie nie brak ciekawostek i antypodów kultury. Np. wzmianka o tzw. morderstwach medycznych. Znajduje się w buszu zwłoki z wyciętymi organami wewnętrznymi, które posłużyły za preparaty lecznicze. Jako częste opisuje także autor zabójstwa kulturowe – noworodki płci męskiej (nieopłacalne ekonomicznie w perspektywie kupna żony) przekazuje się bractwu fetyszowemu, by posłużyły w rytuale. Typy szamańskie rozróżnia Periot na „białych” (zielarze, znachorzy), „diabłów” – to tancerze noszący maski i wykonujący tańce. Ostatnią, najbardziej poważaną i tajemniczą grupą są Kwi – cechuje ich zakonspirowanie, nikt poza wtajemniczonymi członkami bractwa nie może ich oglądać. Mówi się, że Kwi jest „daleko w puszczy” natomiast najczęściej to „śpioch” – który mieszka nieopodal, w jednej z chat. Społeczeństwo interioru myśli magicznie – czyli wszystko jest w rękach człowieka.
Ludzie zmuszeni są do koegzystencji z duchami, do ciągłej walki o dotychczasowy kształt świata. Gdyby bowiem zaniechano rytuału i obrzędów, miast ludzi rodziłyby się potwory, a świat stanął do góry nogami. W tym tkwi zresztą istota animizmu. Pozostaje zadać sobie pytanie: co się stanie, gdy ostatni szaman z buszu zaprzestanie swoich praktyk. Z telewizyjnej codzienności wprost widać, że coraz mniej czarnych rąk podtrzymuje ustalony porządek świata.

przez noc wielkich drzew. Gerard Periot, W-wa 1964

Kolejna czwórka Taborytów, tym razem rycerze ochraniający przypadkowego sulicznika, który jednak unosi połamany w walce sztandar z kielichem – serce oddziału. Niestety przy okazji sztandaru muszę się podzielić smutną refleksją: Zarówno współcześni ilustratorzy np. A. McBride, jak i idący za nimi modelarze za nic mają realia epoki. Ignorancja i niezrozumienie tematu sięga wręcz zenitu. Chodzi o masowo i bezmyślnie powielane wzory husyckich sztandarów z wizerunkiem gęsi lub nawet (o zgrozo!) gęsi pijącej z kielicha. Panowie! Czy na pewno ludzie, którzy gotowi byli umierać za komunię pod dwiema postaciami, niepełną transsubstantację mogli nieść na swym czele wizerunek zwierzęcia popełniającego świętokradztwo? To absurd, jednak zadomowiony, szczególnie na zachodnioeuropejskich stołach. Świadczy to zresztą nie tylko o braku namysłu, lecz także o głębokiej pogardzie dla całej sfery sacrum i poniekąd dla poległych w imię czeskiej wiary.
Błąd, który zresztą nie usprawiedliwia, wynika stąd, że pomysł do ilustracji bierze się z katolickich kronik, które na swych kartach ośmieszają, bądź wręcz zochydzają „heretyków” spod znaku Mistrza Jana Husa. Gęś to czeska „husa” i katoliccy autorzy wykorzystali fonetyczne podobieństwo do wyzwiska swych przeciwników. Natomiast scena świętokradcza ma zobrazować brak szacunku i obnażycz czczenie bałwana pod postacią kielicha. cześ




  • RSS